Archive for the ‘Przyczyny depresji u kobiet’ Category

Twoje „dzieło życia” może cię rozczarowywać

Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, mogą doświadczyć rozczarowa­nia pracą, będącą „dziełem” ich życia. Począwszy od lekarzy, a skoń­czywszy na szwaczkach, od dyrektorów handlowych po dozorców, większość ludzi dochodzi do wniosku, że ich praca, choć na począt­ku ekscytująca, prędzej czy później przestaje zadowalać i wystarczać. W rezultacie nachodzi nas depresja.

Kobiety są bardziej narażone na depresję związaną z pracą niż męż­czyźni. Niektóre z nich wykonują wymagające i nieatrakcyjne zawo­dy, gdyż nie były w stanie zdobyć wykształcenia ani skończyć studiów i zostały zmuszone do podjęcia pracy z finansowej konieczności. Ko­biety nadal doświadczają ogromnych przeszkód w promocji zawodo­wej. W niektórych branżach świat pracy wciąż faworyzuje mężczyzn. Mówiąc ogólnie, łatwiej jest im odnaleźć się w zawodowym świecie. Ponadto, kobiety z rodzinami potrzebują bardziej elastycznych godzin pracy, opcji związanych z opieką nad dziećmi, zasiłków zdrowotnych, itp. Bez względu na przyczynę, wyzwania stojące przed współczesny­mi kobietami próbującymi znaleźć sobie miejsce w świecie pracy są nadal ogromne – pełno w nich rozczarowań, frustracji, stresów, rozpa­czy i depresji.

Możesz odczuwać, że nie jesteś wystarczająco dobra

Wielu zamężnym kobietom zależy nie tyle na sukcesie, ile na tym, by być dobrą matką lub panią domu – by ich życie miało znaczenie dzięki czynieniu czegoś pożytecznego i ważnego dla innych. Poza tym kobiety nastawione na karierę stoją w obliczu ogromnego wyzwania zagrożonego potencjalnymi stratami, a mianowicie osiągnięcia sukcesu w zawodowym świecie.

Z badań nad stresem wyraźnie wynika, że wskaźnik sukcesu lub porażki ma decydujący wpływ na wskaźnik wypalenia i depresji za­równo wśród mężczyzn, jak i wśród kobiet. Gdy częściej doświadcza­my poczucia niepowodzenia niż sukcesu, narażamy się na większe ry­zyko depresji reaktywnej. Osoba z długą historią porażek ma większą skłonność do depresji i doświadczy jej bardziej dotkliwie, gdy stanie w obliczu dużej życiowej straty.

Jaki jest więc „właściwy” sposób radzenia sobie z niepowodzeniem? Po pierwsze, musimy przyjrzeć się, jak Bóg patrzy na sukcesy i poraż­ki. Zależy Mu bowiem znacznie mniej na naszej pomyślności niż na tym, kim się „staniemy”. Sukces według norm świata nigdy nie buduje charakteru, ani nie czyni z nas lepszych ludzi w Bożych oczach.

Według Niego, każda porażka jest okazją do rozwoju. Ktoś kiedyś powiedział: „Powodzenie buduje się na górze niepowodzeń”. Jeśli to prawda, a my w nią w wierzymy, to dlaczego tak bardzo obawiamy się porażek? Sukces w Bożych oczach dotyczy w ogromnym stopniu wier­ności, a nie wygranej. Wynika to wyraźnie z przypowieści o talentach, w której Bóg chwali sługi, którzy wykonali to, co im kazano. „Dobrze, sługo dobry i wierny” – mówi w Ewangelii Św. Mateusza 25,21. Bożą nagrodę otrzymuje nie ten, kto wygrał bieg, lecz ten, który go ukończył. Oznacza to, że wszyscy możemy wygrać. Znaczy to również, że aby odnieść sukces w Bożych oczach, musimy jedynie być posłuszni.

Marzenia mogą się nie spełnić

U kobiet, znacznie częściej niż u mężczyzn, marzenia mogą być pierwszą ofiarą złożoną na ołtarzu życia, co łatwo prowadzi do depresji.

Czy kobiety są bardziej skłonne do marzeń? Być może. Niewiele dzieje się bez nich. My, kobiety, od najwcześniejszych lat pełne jeste­śmy tęsknot, marzeń i pragnień. Bawienie się lalką pomagało nam ma­rzyć o byciu matką w przyszłości. Wraz z otwierającymi się przed nami kolejnymi zawodowymi możliwościami marzyłyśmy, że staniemy się prawniczkami czy lekarkami. Marzenia jednak nie zawsze się spełnia­ją. Życie może nas rozczarować i nie obdarzyć tym, czego od niego oczekiwałyśmy. Niektóre z nas marzyły o zamążpójściu i założeniu własnej rodziny. Pragnęłyśmy wychowywać dzieci – a potem przeko­nałyśmy się, że nie możemy ich mieć. Inne z nas liczyły na świętowa­nie 50 rocznicy ślubu z ukochanym z łat dzieciństwa, ale przeszkodził nam rozwód lub śmierć.

Wiele zamężnych kobiet musiało odłożyć marzenia na bok, zostać w domu, zająć się dziećmi i dojść do wniosku, że nie nadążają za wy­maganiami po powrocie do pracy. Niektóre nawet ją straciły.

Teraz mówi doktor Catherine Weber. Moja siostra Sylwia jest śpie­waczką i dyrektorem muzycznym w kościele. Bardzo chciałaby pre­zentować swój talent w salach koncertowych. Wyraża jednak dany so­bie dar przede wszystkim w lokalnej wspólnocie kościelnej. Postano­wiła odłożyć na bok pragnienie podróżowania i pełnoetatowej posady śpiewaczki na rzecz wychowywania trójki dzieci. Pewnego dnia, w bo­lesnym okresie życia, napisała pieśń. Została ona wybrana jako hymn konferencji kobiecych „Focus on the Family”. W ciągu roku ponad 300 tysięcy kobiet z całego kraju śpiewało ją ku radości Sylwii. Ona zaś, niczym ptak, śpiewa swoim dzieciom każdego wieczoru, układając je do snu. Z nimi nie może się równać żadna publiczność. Przeżycie to nauczyło ją, że Bóg nie zapomniał o marzeniach jej serca. To On je przecież tam umieścił. Wie, co pragniemy robić, wiedzieć i co osiąg­nąć. Nawet jeśli nasze marzenia się odwlekają, zmieniają kierunek lub nigdy się nie realizują, nadal możemy ufać Bożej wierności.

Pamiętaj: jesteś w trakcie tylko jednego etapu życiowego, który przeminie. Kwitnij tam, gdzie zostałaś zasadzona. Przechowuj ziarno, które możesz zasiać wyłącznie na wiosnę, gdy miną wszystkie oznaki mrozu. Czekaj, a potem siej. Wkrótce nadejdzie wiosna. Bądź cierpli­wa. Ciesz się dniem dzisiejszym, gdyż on jest tym, czym Bóg cię obda­rował na tę chwilę.

Cykl życia rodzinnego może przynosić straty

Jako rodzice, wychowujemy młodych ludzi, którzy potrzebują po­karmu, ochrony, miłości, troski, wskazówek i wyposażenia. Poświę­camy na to (przynajmniej) osiemnaście lat, aby pewnego dnia mogli opuścić dom, stając się odpowiedzialnymi, zdolnymi i pięknymi ludz­kimi istotami, które potrafią się rozwijać i kwitnąć w zdrowych rela­cjach – z dala od nas. Rodzicielstwo pełne jest więc strat i żalu.

Możesz utracić tożsamość i poczucie własnej wartości

Kobiety zwykle rozkwitają w związkach. Zazwyczaj odnajdują własną wartość nie w wielkich dokonaniach, lecz we wkładzie, jaki mają w życie innych oraz w społeczeństwo.

Wymagania wynikające z pełnienia wielu ról oraz szybkie tempo życia zmuszają nas do zajmowania się rzeczami, które nie zaspokaja­ją naszych najgłębszych potrzeb. Chciałybyśmy pielęgnować ogródek, czytać, nawiązywać przyjaźnie, wychowywać dzieci, wrócić na studia lub nawet napisać książkę. Wymaga to jednak czasu, energii i skupie­nia. Potrzeby te rywalizują z wieloma innymi ciążącymi na nas obo­wiązkami.

Nasze poczucie własnej wartości zależy od zdolności wyznaczania sobie priorytetów oraz znajdowania równowagi między głębokimi oso­bistymi aspiracjami oraz obowiązkami rodzinnymi i zawodowymi. My, kobiety, często pomijamy siebie, własne marzenia i pragnienia, zajmu­jąc się w pierwszej kolejności potrzebami innych.

Wszystko to wskazuje na fakt, że tożsamość i poczucie własnej wartości mają kruche podstawy w życiu współczesnych kobiet. Wiele się zmieniło i zmienia. Kobiety jednak nie mogą już więcej polegać na swoich kompetencjach matek i gospodyń, by czerpać z nich własną wartość.

Postęp oznacza rezygnację

Poszczególne etapy i okresy dorosłego życia niosą ze sobą wyzwa­nia zmian i rozwoju. Droga życiowa każdej kobiety jest niepowtarzal­na i uzależniona od okoliczności, obrotu spraw i możliwości. Pomocną rzeczą może być spojrzenie na nią jako na ciąg różnych etapów. Pomo­że ci ujrzeć życie w szerszej perspektywie.

Wczesne życie dorosłe (18-30)

Na tym etapie tracimy ochronny klosz dzieciństwa i stajemy się świadome odpowiedzialności, zmartwień i zachwytu nad dorosłością. Po ukończeniu dwudziestu lat szukamy sensu, celu i naszego miejsca na świecie. Wiele z nas zastanawia się nad wyborem studiów oraz wypróbowuje nowo odkrytą wolność i swobodę. Poszukujemy pierwszej prawdziwej pracy. Niektóre ryzykują małżeństwo. Potem mogą pojawić się w naszym życiu dzieci. Niektóre z nas uczą się, jak pogodzić karierę z mężem i dziećmi, a inne nadal poszukują tego jednego szczególnego mężczyzny. Możemy odczuwać rozczarowanie, samotność oraz mieć mnóstwo pytań, dlaczego Bóg daje nam tak głęboką tęsknotę za miłoś­cią, a zarazem pozwala przeżywać frustrację, każąc nam czekać, dopó­ki nie znajdziemy męża.

Pierwszy etap dorosłości (30 – 45)

Są to lata pełne przygód. Pierwszą z nich jest „poślubienie dzieci”. Pochłaniają one bowiem bez reszty nasz czas i energię. Małżeństwo jest ciężką pracą. Nadzieje na karierę albo zostają odłożone na później, albo wtłaczamy je w szaleńczy harmonogram wypełniony dziećmi, mę­żem i obowiązkami domowymi.

W przypadku niektórych kobiet, małżeństwo ulega rozdarciu, zapo­czątkowując nowy etap samotnego rodzicielstwa lub samotności. Może zdarzyć się powtórne zamążpójście, pociągające za sobą obecność pa­sierbów i pasierbic. To również jest przygodą, gdyż połączone rodzi­ny wymagają jeszcze cięższej pracy. Życie jednak popycha do przodu, doskonaląc nas, rzucając nam wyzwania i zmuszając do przyjrzenia się samym sobie – kim jesteśmy, jak nawzajem na siebie oddziałuje­my i jak żyjemy U kobiet, które nie wyszły za mąż, proces godzenia się z własną samotnością – lub dalsze marzenie i nadzieja ślubu – trwa nadal. Pojawiają się smutki, nowe przyjaźnie i nowe przygody, które inaczej nigdy by nie miały miejsca. Cały czas jednak ufamy, że Bóg ma dla nas przyszłość pełną nadziei, sensu i miłości.

Drugi etap dorosłości (45 – 85+)

Okres ten pełen jest zmian i strat. Cechuje się również nowym spoj­rzeniem na życie. Dzieci dorastają i (być może) opuszczają dom, by udać się na studia lub założyć rodzinę. W wieku 45 lub 50 lat możemy znaleźć się w pustym domu, doświadczyć pierwszych objawów przekwitania i stanąć w obliczu nowego życiowego etapu. Czy powinny­śmy zacząć nową karierę, wrócić na studia, na nowo zająć się swoim zapomnianym hobby, podróżować lub rozpocząć nową, ryzykowną i wspaniałą przygodę? Owszem, nawet w wieku siedemdziesięciu lat życie nadal stoi przed nami otworem. Relacje są bogatsze, stałyśmy się dojrzałe, a mając mądrość nabytą wraz z wiekiem oraz życiowe do­świadczenie, potrafimy działać z większą świadomością celu i spędzać swoje złote lata z większym wdziękiem.

A na dodatek, wszystko to wymieszane jest ze stratami. Czasami zawodzi związek małżeński. Włosy siwieją i zaczynają się stopniowo przerzedzać. Zmarszczki pojawiają się nie wiadomo skąd, a wypukłości lgną do nas jak starzy przyjaciele. Nasze niegdyś pełne energii ciała za­czynają zwalniać, a nawet zawodzić. Sporządzamy listę rzeczy, których nigdy nie wykonamy, potem je opłakujemy i wreszcie piszemy listę od nowa, co możemy zrobić z życiem, które mamy jeszcze przed sobą. Przyjaciele zaczynają chorować, niektórzy umierają, a krótkotrwałość życia staje się namacalną rzeczywistością. Stopniowo uświadamiamy sobie, że nie żyjemy wiecznie. Nie zawsze nadejdzie jutro. Nasze dzie­ci, przyjaciele i bliscy nie zawsze będą pod ręką, by wypić z nami fi­liżankę herbaty czy pójść na zakupy. Życie nieubłaganie zbliża się ku końcowi. Ci, którzy mają najwięcej szczęścia, będą mogli zasiąść na werandzie swego podeszłego wieku i pobujać się w fotelu, smakując minione dni, ciesząc się świętymi chwilami teraźniejszości i skwapli­wie wyczekując słów: „Witaj w domu, mój dobry i wierny sługo”.

Nieuniknione straty w życiu kobiet

Istnieje wiele „nieuniknionych” strat w życiu każdej kobiety. Będzie rzeczą pomocną, gdy je teraz omówimy. Upewnimy się w ten sposób, że nie oszalałyśmy, ani nie jesteśmy w naszym doświadczeniu osamot­nione. Życie przynosi straty każdemu z nas, lecz niektóre są specyficz­ne dla życia kobiet. Nastawienie się na nie, zanim nadejdą, może po­móc ci odpowiednio się przygotować. Nawet nieuniknione straty mogą wywołać w nas spustoszenie, gdy znienacka nas zaskoczą.

Straty mogą się pojawić we wczesnym dzieciństwie

Najważniejszą stratą, jakiej może doświadczyć dziecko, jest śmierć lub rozstanie z rodzicem lub rodzeństwem. Straty związane z relacjami na wczesnym – narażonym na szczególnie bolesne zranienia – eta­pie rozwoju, są przyczyną większości pierwszych epizodów depresji u dzieci. Wśród osób, które przechodzą depresję, notuje się znacznie wyższy odsetek rodziców utraconych w dzieciństwie niż w przypadku innych ludzi2. U większości kobiet tym wczesnym przeżyciem jest utra­ta ojca. Będąca wynikiem śmierci, rozwodu, zaniedbania lub porzuce­nia. Utrata brata lub siostry w dzieciństwie może też stać się przyczyną depresji u dziewczynek oraz w późniejszym okresie życia. Ze względu na szerzenie się w obecnych czasach plagi rozwodów, nie jest rzeczą rzadką, gdy dzieci tracą rodzeństwo z powodu rozdzielenia rodziny. Ta­kie wczesne doświadczenia mogą wytworzyć w tobie nieufność lub lęk przed potencjalną utratą relacji w późniejszym życiu.

Być może Bóg stworzył nas do depresji?

Na pierwszy rzut oka brzmi to bezsensownie. Dlaczego kochający Bóg miałby celowo dopuszczać, byśmy przechodzili przez tak bolesne doświadczenia? Wiedział jednak, gdy stwarzał nas jako istoty z ogra­niczeniami, uwięzione w czasie i mające swój kres, jak bardzo będzie­my musieli się zmagać ze stratami towarzyszącymi ograniczoności. Mądrze więc temu zaradził, obdarzając nas ozdrowieńczą siłą płaczu. Jej celowość i ważność jest jednym z największych odkryć, jakich ja – doktor Hart – kiedykolwiek dokonałem. Nie nastąpiło to w wyniku moich psychologicznych badań. Wynikło ze zrozumienia życia w opar­ciu o Pismo Święte.

Moją kliniczną karierę rozpocząłem od zdumienia, jak wielkie spu­stoszenie sieje wśród ludzi depresja. Przez długi czas zmagałem się z problemem, jak pogodzić tę bolesną przypadłość z miłującym Bo­giem. Często, podczas prób pomocy osobom pogrążonym w głębokiej i demoralizującej depresji, zadawałem sobie pytanie: „Dlaczego Bóg dopuszcza do tak wielkiego bólu w naszym życiu?”. Nie trzeba wy­jaśniać, że nie ma na takie pytania jasnych odpowiedzi. Tego rodzaju dylematy traktujemy jako tajemnice, choć to niewiele pomaga.

I wówczas nagle mnie oświeciło, że Bóg celowo nas tak zaprojekto­wał, abyśmy w pewnych sytuacjach ulegali depresji.

Wiem, że w chwilach głębokiego przygnębienia trudno jest dostrzec jakikolwiek dobry cel kryjący się za naszą rozpaczą i ciemnością. Nie­mniej jednak musimy trzymać się przekonania, że mimo bólu istnieje przed nami dobra przyszłość. Depresja pomaga nam zostawić coś, co utraciliśmy. Prawdziwy problem nie tkwi więc w naszej depresji, lecz – jak nas uczy życie – w fakcie, że prędzej czy później coś lub ktoś będzie musiał nas opuścić. Nic nie trwa wiecznie, a przynajmniej po tej stronie istnienia. Jeśli chcemy osiągnąć spełnione lub nawet szczęśliwe życie, musimy czynić tylko jedną rzecz: współpracować z procesem, którym Bóg nas obdarzył. Król Salomon ma więc rację, kiedy mówi, że nie ma nic nowego pod słońcem, że , jest czas płaczu… i czas za­wodzenia”. Jeśli będziemy płakać i zawodzić, nadejdzie również „czas śmiechu… i czas pląsów”.

Czy było to naprawdę konieczne?

Omówiliśmy już nieuniknione życiowe straty, które są po pro­stu częścią życia – zostawieniem za sobą przeszłości i otwarciem się na przyszłość. Ale istnieje też kategoria straty uważanej za „nie­konieczną”. Być może przestrzegano cię, abyś np. nie włóczyła się z „nieodpowiednimi” chłopakami, gdy byłaś nastolatką. Ponieważ jed­nak dawali ci odczuć, że jesteś osobą pożądaną, wpadłaś w kłopoty. A może, by uniknąć bólu, zaczęłaś sięgać po substancje, od których się uzależniłaś. Może jednak zrobiłaś krok dalej i uświadomiłaś sobie, że powinnaś się uczyć, mieć dzieci lub korzystać z innych możliwości, gdy wciąż jeszcze masz przed sobą szansę.

Każdej z tych strat dałoby się uniknąć, ale z uwagi na zaniedbanie, ignorancję lub bunt dokonałyśmy niewłaściwych wyborów, a teraz ży­jemy z ich konsekwencjami. Nie jesteś sama. Każdy z nas doznał odpo­wiedniej dawki strat. Można by nawet powiedzieć, że są one w jakimś stopniu konieczne – niezbędne, by nas czegoś nauczyć i uczynić doj­rzałymi.

Strata = Niepokój + Depresja

Ogólnie mówiąc, życie może się wydawać rozczarowujące i nie­sprawiedliwe. Kogoś bardzo kochasz, w końcu jednak będziesz mu­siała pozwolić mu odejść, a to boli. Możesz uniknąć zranienia, nigdy i nikogo nie kochając, ale nie wydaje się to dobrym wyjściem z życio­wego dylematu. Nasz świat został tak skonstruowany, że strat nie da się uniknąć, i aby otworzyć się na coś nowego, trzeba zrezygnować ze starego. Tak Bóg wszystko ustanowił. Albo nauczymy się radzić sobie ze stratą w pozytywny sposób, albo doświadczymy nieuniknionej me­lancholii i depresji.

W jaki jednak sposób strata przekształca się w lęk i depresję? Do­brze opisuje to Judith Viorst:

Lęk i niepokój pojawia się, gdy strata ma wkrótce nastąpić lub uwa­żana jest za chwilową. Lęk zawiera w sobie jądro nadziei. Gdy jed­nak strata wygląda na trwałą lęk (protest) przeradza się w depresję (rozpacz).

Poza doznawaniem uczucia samotności i smutku, możemy również obarczać się odpowiedzialnością za odejście drugiej osoby, albo czuć bezradność, że nie potrafimy uczynić nic, by ją sprowadzić z powro­tem. Możemy też dojść do przekonania, iż nie da się nas kochać, lub że już zawsze tacy pozostaniemy.

Gdy strata prowadzi do depresji

Jak już wcześniej wspominaliśmy, leczenie konkretnej depresji w dużym stopniu zależy od jej przyczyny. Jeszcze raz więc pragniemy podkreślić różnicę między depresjami sytuacyjnymi a tymi o podłożu biologicznym. Niniejszy rozdział skupia się na depresjach sytuacyj­nych lub reaktywnych – wywołanych przez to wszystko, co zdarza nam się w otaczającym świecie. Najłatwiej zrozumiałą i najostrzejszą formą depresji reaktywnej, jakiej my jako ludzie możemy doświadczyć, jest żałoba. Nie ma większej straty niż śmierć kogoś, kogo bardzo kochasz. Choć smutek śmierci jest najbardziej bolesny, proces opłakiwania po­winien towarzyszyć wszystkim stratom życiowym. Jedyną różnicą mię­dzy utratą bliskiej osoby a np. utratą pracy, jest stopień nasilenia bólu.

Życiowe straty

Każda znacząca strata może potencjalnie wywołać depresję. Mó­wiąc ogólnie, im bardziej znacząca strata, tym większa depresja.

Potencjalne niebezpieczeństwo straty pojawia się wcześnie – gdy tylko się urodzimy i utracimy bezpieczeństwo oraz komfort przebywa­nia w łonie. Wraz z wiekiem ów potencjał wzrasta z każdym dniem. „Tracimy” pierś matki, gdy stajemy się wystarczająco dojrzałe, by za­cząć przyjmować regularny pokarm. „Tracimy” bezpieczeństwo domu, gdy zaczynamy chodzić do przedszkola. Nasze koleżanki na placu za­baw nas lekceważą, dostajemy zły stopień w szkole, ktoś kradnie nam rower albo przejmuje ulubioną rolę w szkolnym przedstawieniu. Potem nasze przyjaciółki się przeprowadzają, nie dostajemy się do wymarzo­nej szkoły, a dobrze rokujący romantyczny związek się rozpada. To zaś tylko początek. Później bowiem pojawiają się prawdziwe straty życio­we i wyzwania wynikające z nieudanego małżeństwa, rozwodu, raka przyjaciółki, poważnej choroby partnera, niepłodności, niewierności, a w końcu dopada nas sama śmierć.

Jak widzisz, nie można uciec przed życiowymi stratami. Towarzy­szą nam jak cień od pierwszego do ostatniego tchnienia, i na każdym etapie życia musimy zostawiać za sobą to, co minęło, a przyjmować to, co przed nami. Strata pojawia się, gdy z osób młodocianych stajemy się dorosłymi, biorąc na siebie odpowiedzialność zarabiania na życie. Stra­ta pojawia się znowu, gdy tylko odłożymy trochę pieniędzy i próbu­jemy zrealizować ryzykowną inwestycję. Towarzyszy nam zwłaszcza wtedy, gdy myślimy o małżeństwie i chcemy zamienić utratę swobody na nadzieję intymności i towarzystwa. W końcu zaczynamy również tracić nasze zdolności, takie jak pamięć, wreszcie zęby i wzrok.

Niektórym osobom życie serwuje nieproporcjonalną ilość bolesnych doświadczeń, a każde z nich ma w sobie jakiś aspekt straty. Ludzie ci zdają się przeżywać nieszczęścia przy każdej okazji. Częściej i wcześ­niej niż w przeciętnym domu umierają bliscy, wykoleja się więcej dzie­ci i pojawia się wiele chorób. Jeśli doznałaś podobnych strat, modlimy się, aby Bóg cię w jakiś sposób pocieszył i obrócił twój nadmierny ból we wspaniałe błogosławieństwo.

Strata jest również tematem, który porusza Biblia. Autor Księgi Koheleta, prawdopodobnie król Salomon, opisuje, na czym polega wspomniane uczucie cierpienia. W rozdziale 2, w wersetach 17 i 18, w doskonały sposób określa depresję i rozpacz:

I tak znienawidziłem życie, gdyż przykre mi były wszystkie spra­wy, jakie się dzieją pod słońcem; bo wszystko marność i pogoń za wiatrem. Znienawidziłem też wszelki swój dorobek, jaki nabyłem z trudem pod słońcem, a który zostawię człowiekowi, co przyjdzie po mnie.

Potem zaś, w wersetach 1-8, w piękny i pocieszający sposób podsumowuje życie, włącznie z jego doświadczeniem płaczu:

Wszystko ma swój czas (…) jest czas rodzenia i czas umierania (…) czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów.

Nie ma większej mądrości. Życie nieuchronnie wiąże się ze strata­mi. Niektóre z nich są konieczne, gdyż jeśli czegoś nie zostawimy za sobą, nie będziemy mogli przyjąć tego, co jest przed nami. Wiele z nich jednak to zupełnie niekonieczne straty, których mogliśmy uniknąć. Ja­kie by jednak nie były, należy je opłakać. Wywołana przez nie depresja przyczyni się do naszej dojrzałości. Tak zostaliśmy stworzeni.